Słuchanie jako nasłuchiwanie Boga i bliźniego. Glosa antropologiczno-filozoficzna
Abstrakt
Od czasów Platona filozofia umacniała swój status i swoje instrumentarium poprzez odwoływanie się do tego, co widzialne, nie zaś do tego, co słyszalne. Platońskie idee były widzialne, choć oczywiście nie dla zmysłów, ale dla intelektu – i dlatego ich prawdziwość mogła zostać zagwarantowana na gruncie wiedzy rzetelnej (grec. episteme), a nie zaledwie jako mniemanie (grec. doxa). W ten sposób doszło jednak do zawłaszczenia przestrzeni filozoficznej, a najwyższą instancją i arbitrem prawdziwości stawał się podmiot (Ja), który rościł sobie prawo nie tylko do wypowiadania się o przedmiocie (To), ale też do weryfikowania wszelkiej wiedzy przedmiotowej. W ten sposób również inny podmiot musiał stać się przedmiotem – jednym z wielu, choć niewątpliwie specyficznym. Podmiot taki nie był już zdolny dostrzec w polu problematyki filozoficznej czegokolwiek, co nie byłoby ani podmiotem – rzeczą myślącą (łac. res cogitans), ani przedmiotem (łac. res extensa). Z pola jego widzenia musiało zniknąć wszystko, czego nie dało się zakwalifikować do jednej z tych dwóch kategorii, które bez reszty zawłaszczyły rzeczywistość filozoficzną. Tymczasem filozoficzne myślenie o człowieku wymaga uwzględnienia takich kategorii, jak na przykład „osoba ludzka” lub „bliźni”. Nie można ich „zobaczyć”, nawet odwołując się do intelektualnych abstrakcji, a jednak bez ich uwzględnienia dyskurs o człowieku staje się mało wiarygodny. Warunkiem przezwyciężenia tej niedogodności jest otwarcie się na Ty – nie zobaczenie go, lecz usłyszenie wezwania, które Ty kieruje ku naszemu Ja.







